
Jesienią 1942 roku po tradycyjnych świętach Rosz Haszana i Sukot (Nowy Rok żydowski i święto Szałasów) Niemcy zagnali wszystkich Żydów z okolicy Woli Okrzejskiej do getta w Łukowie.
Była sobota. Nakazali nam wszystkim opuścić domy do godziny 10.00. Zezwolili każdemu wziąć ze sobą jedynie 20 kg bagażu. Na rozkaz Niemców Polacy zajechali na furmankach przed domy Żydów. Wzrokiem pełnym rozpaczy i grozy rozglądaliśmy się po mieszkaniu. Przerażeni i załamani nakładaliśmy na siebie całą posiadaną odzież. Mieliśmy właśnie już iść do wozu, który zajechał pod nasz dom, gdy nagle zjawił się znajomy Polak Stasiek Wadas. Mój ojciec i brat mieli pozostać we dworze, jako krawcy wyszli więc z domu wcześniej. Pożegnaliśmy się w bezgranicznym bólu. Ojciec rozdzielił każdemu z nas po 30 zł. Było to wszystko, co miał. Wsunęłam pieniądze w zakładkę spódnicy. Pocieszaliśmy jeden drugiego, że może uda się ojcu jakoś wydostać nas z getta i powrócić do pracy we dworze, bo wydawało się, że tam jest w miarę bezpiecznie oraz istnieją jakieś szanse na przetrwanie. Moja rodzina i rodzina Abrama znajdowały się w tej krytycznej godzinie razem. Stasiek Wadas podszedł do Abrama i zawołał: "Pójdziesz jak baran do rzeźni?". "Więc cóż mam zrobić?" - odpowiedział mu Abram. Stasiek chwycił go za ramię i pociągnął do okna. "Do diabła, tam leje się krew jak woda w rzece! Weź ich! - wskazał ręką na rodzinę. - I idź w pole, do lasu!". "A co potem?" - spytał Abram. "Do mnie!"- brzmiała krótka odpowiedź.
Kazał mu pójść na jego działkę do lasu, schować się między stosami wyschłego chrustu zebranego na zimę, a w nocy przyjść do niego do stodoły. Abram zdecydował się natychmiast. Widziałam, że Abram i Wadas coś szepczą między sobą, ale nie przysłuchiwałam się. Byłam zgnębiona, nie mogłam się pogodzić z faktem, że zostajemy znów wygnani z domu. Wtem podszedł do mnie Stasiek Wadas i spytał czy i ja pójdę do getta. Matka przysunęła się do nas, chciała usłyszeć, o czym mówimy. Odpowiedziałam, że pójdę ze swoją rodziną. Stasiek zaklął, że tak łatwo godzę się z losem. Krzyknął: "Uciekaj! I do mnie!". Przeraziła mnie ta propozycja. Uciekać do mężczyzny, do goja? Ale matka - kobieta głęboko religijna, powiedziała żebym z nim poszła. Podniosła przygotowane dla mnie zawiniątko i podała mi je. Zdjęła z siebie długi, szydełkowany szal, otuliła mi nim głowę i szyję, po czym ujęła mnie za ramię i odprowadziła do drzwi. Wyszłam na dwór i pobiegłam przez pole w kierunku domu Staśka Wadasa. Po pewnym czasie odwróciłam się. Spostrzegłam Abrama, Chanę i Dorkę - ich kuzynkę z Warszawy. Mój młodszy 15-letni brat Lejbele na początku został z babką w getcie żelechowskim. Babka nawet przekradała się raz przed wysiedleniem do nas, do dworu w Woli Okrzejskiej, ale nie chciała tu zostać. Wolała być z resztą rodziny w Żelechowie. Kiedy zlikwidowano tam getto w 1942 r., Lejbele uciekł i przedostał się do nas do dworu. Wciąż starał się przekonać nas wszystkich, że musimy uciec jak najdalej stąd, aby nie wpaść w końcu w łapy esesmanów. Teraz podczas tego wygnania do getta w Łukowie był niezmiernie wzburzony jakby przeczuwał zbliżającą się śmierć. Nie mogłam wziąć go ze sobą. Sama nie miałam pojęcia, dokąd idę. Pragnęłam pożegnać się z nim zanim wybiegłam w pole, ale on odwrócił się ode mnie. Wołałam go, błagałam, ale daremnie. Więcej już nigdy go nie zobaczyłam...
Historia Żydów z Łukowa i okolic jest bardzo ciekawa. Trzeb wziąć pod uwagę, że tak jak Żydzi z getta warszwskiego cierpieli we wszystkich gettach, jednak niestety się o tym nie mówi, a szkoda. Warto by było pokazać Łukowianom historię z czasów II wojny. Redakcjo do dzieła!
Ocen ten komentarz: