Strona główna | Forum | Kontakt | Linki | Galeria | Okładki | O nas | Reklama | Archiwum |
WWW.E-WSPOLNOTA.COM | Jesteś tu: http://www.e-wspolnota.com Parczew   Historia    Chuligani_zostali_jego_najlepszymi_kolegami___wspomnienia_tworcy_sukcesow_parczewskiej_siatkowki__cz_2_-1211
Wspólnota » Parczew » Historia | Niedziela, 05 września 2010r. 14:59

Chuligani zostali jego najlepszymi kolegami - wspomnienia twórcy sukcesów parczewskiej siatkówki (cz.2)

Choć miał wiele sukcesów jako trener siatkówki, najcieplej wspomina społeczną pracę z trudną młodzieżą, której przez sport pomógł wyjść na ludzi

Na przełomie lat 50/60-tych w Parczewie dawała się we znaki grupa chuliganów. -Potrafili nie wypuścić uczniów z internatu na ferie (milicja mówiła „Załatwcie to sami”) albo do kina młodzież nie mogła wejść - opowiada Jerzy Olszewski. -A potem zrobili się z nich moi najlepsi koledzy...

Pokazał, kto silniejszy
-Trafiłem do nich piorunem - mówi z satysfakcją. -Zaczęło się od tego - niedaleko od ulicy wisiały na deskach szkolne kosze do gry, oni cegłami poodbijali te deski. Wkurzyłem się, przeszedłem na drugą stronę ulicy (stali całą bandą - ze 12 osób - pod sklepem), pierwszemu-lepszemu (teraz mieszka w Puławach, nawet życzenia mi przesłał - śmiech) wykręciłem rękę i mówię „Chodź na milicję”. Pozostali zamarli, ja tamtego prowadzę. Kiedy zostało już ze 30 m, puściłem go i mówię „Idź sam i tak jesteś za słaby, żeby mi uciec. Zobacz - prowadzę cię jak barana, tyle osób patrzy a nikt się nie ruszy, żeby ci pomóc. To są twoi koledzy? Nie lepiej mieć takiego jak ja?”. On coś kręci – "No, bo myśmy razem siedzieli w poprawczaku, więzieniu, ten tego…”. Na posterunku zaraz go wypuścili, ale jak wychodził, jeszcze mu przygadałem - „Widzisz, a koledzy stoją i się z ciebie śmieją, takich kumpli masz?”.
Następnego dnia - kolejny incydent. Jeden z nich przyszedł do szkoły, wyciągnął jakiegoś chłopaczka, przyłożył mu nóż do szyi i zażądał pieniędzy na wódkę. Ja się akurat napatoczyłem (zastępowałem wtedy kierownika internatu), chłopaczkowi kazałem uciekać a tego jak rypnę w szczękę. Nie spodziewał się - kawał chłopa a bryk, leży zamroczony. Pozbierał się – „Wiesz, za co?” - pytam. Siedzi. „Wiesz, za co?” - powtarzam. „Wiem”. „Wyobraź sobie, że jesteś kierownikiem czy wychowawcą nawet, odpowiedzialnym za młodzież, za szkołę. A ktoś przychodzi i robi coś takiego, jak ty teraz. Co byś zrobił na moim miejscu?”. „Ja bym go, s...syna, zabił” - mówi. „A ty w mordę tylko dostałeś” - mówię. „Idź w cholerę, a jeśli będziesz chciał tu jeszcze przyjść, to do mnie”.
Chyba ze dwa dni potem młodzież miała iść do kina na „Lecą żurawie”. Raptem wracają - chuligani ich nie wpuścili, a nauczyciele nie mieli nic do gadania. Zbieram więc ich znowu i jako bohater (śmiech) idę z nimi (nauczyciele zostali). Banda stoi przy starej poczcie, zrobili szpaler - stanęli po obu stronach, w środku wąskie przejście. „Uciekać nie wypada” - myślę – „może w łeb dostanę, ale jakoś zdążę przebiec”. A oni „Dobry wieczór, panie profesorze”. Myślę - podpucha, ale odpowiadam „Dobry wieczór”. „Barany pan prowadzi?”. „Tak, ale mimo że barany, to nie beczą, idą cicho” - żartuję. I na tym się skończyło, jak wyszliśmy z kina, nikt nas nie zaczepiał. Wracamy do szkoły a dyrektor – „To cuda jakieś!” (śmiech).

Chuligan jak tresowany piesek
-Jakiś czas potem idę coś załatwić - ciągnie pan Jerzy - koło poczty mijam kilku z nich (był też ten, który ode mnie dostał). ”Dzień dobry, panie profesorze” - mówią. Wracając, zatrzymałem się przy nich i zacząłem luźną rozmowę – „Wiecie co, mam wolną salę, jeśli zechcecie do mnie przychodzić, to poduczę was gry w siatkówkę, koszykówkę, boks poprowadzę”. „O, boks, to chcemy!”. „Zróbcie listę” - mówię – „i przynieście do szkoły, ale najpierw do mnie, nie do dyrektora”. Zrobili, było ich 26 - wszyscy bezdomni. Poszedłem z tym do dyrektora a on – „Uchowaj Boże, nie chcę tu chuliganów”. „Co panu zależy?” - mówię. „Zróbmy próbę, może akurat coś z tego wyjdzie”. „Jeśli pan podpisze, że bierze za to odpowiedzialność”. Podpisałem.
Przyszli - pogadaliśmy, czym się interesują, kawały poopowiadaliśmy, potem trochę zajęć. Po pół roku wzięli udział - jako samodzielna grupa - w mistrzostwach szkoły w siatkówce. Nie mogli sobie darować, że z dziewczynami nawet przegrali (a one były bardzo dobre, miały świetny atak) - śmieje się pan Jerzy. -Lepiej im szła koszykówka (bo bezpośredni kontakt), uczyłem ich też trochę boksu. Potem na imieniny dostałem od nich szczygła w klatce - piękny ptaszek. A na święto 22 lipca pokazałem ich na stadionie jako gimnastyków. Robili wszystkie proste rzeczy - przewrót w przód, przewrót na skoku, kto potrafił - salto, skok przez skrzynię, przez konia. Wszyscy się dziwili w Parczewie – grupa chuliganów jak tresowane pieski (śmiech).
Potem byłem z nimi za pan brat, choć paru brało udział w różnych kradzieżach. Groziła im dłuższa odsiadka - wcześniej dwa razy byli w więzieniu, następnym razem, jako pełnoletni, już by się nie wywinęli. Komendant posterunku milicji, Banacki, mówi – „Ty, Jurek, masz z chuliganami kontakty. Gdzie oni to wszystko ukrywają?”. „A tak” - odpowiadam – „chodzimy razem kraść, jakoś trzeba dorobić (śmiech). Dowiem się, ale pod warunkiem, że ich pan za to nie posadzi”. Zastanowił się – „No, Jurka (tak trochę z rosyjska mnie nazywał), komendanta słowo”. „Jeśli pan go nie dotrzyma, to oni razem z posterunkiem pana wyniosą” - mówię. Powiedzieli mi, gdzie co jest (kryjówka ze skradzionymi winami, papierosami itp. była gdzieś w lesie, w ziemiance), kazałem im samym pójść z tym do komendanta. Nie zapuszkował żadnego, więc oni potem patrzyli we mnie jak w obrazek - aby coś, to do pana Jurka… Jeśli zrobili rozróbę gdzieś na zabawie, wystarczyło że przyszedłem - i po rozróbie. Kilku z nich jeszcze żyje, do tej pory mnie wspominają. -Kiedy dochodziło do rękoczynów, strasznie to przeżywałem - zaznacza pan Jerzy - ale po latach wydaje mi się, że chyba dało im to do myślenia.

W cieniu szubienicy
Skąd w nim tyle wiary w tych chłopaków? -Bo ja miałem podobne życie, jak oni…- zamyśla się pan Jerzy. -Chowałem się jak (w Rosji tak mówią) biezprizorny (bezdomny, bez nadzoru dorosłych - red.). Podczas wojny, mając 12 lat, zacząłem pracować w garbarni. Dostałem najgorszy etap produkcji - musiałem zwieźć wszystkie skóry z transportu, każdą zwapnować a kiedy już wapno wygryzło tłuszcz i sierść - wszystko to zedrzeć. Pracowałem z Rosjanami wziętymi przez Niemców do niewoli. W ciągu dnia przebywali w fabryce, potem wracali za druty. Gdy pewnego dnia przyszedłem do pracy (wtedy już się front zbliżał) to zobaczyłem, że spod bramy baraku, w którym mieszkali, wycieka kałuża krwi - wszystkich Niemcy zlikwidowali. A człowiek już się z nimi zżył…
- Skóry też partyzantom nosiłem (choć na początku nie byłem świadom, że to dla nich) - dodaje - owinięty byłem nimi tak, że tylko rękami i nogami mogłem ruszać. Dostawałem od nich za to samogon - dla ludzi z fabryki, którzy te skóry kradli. Bo oni dużo ryzykowali. Przychodził, powiedzmy, transport skór tak posklejanych, że nie można ich odróżnić - a muszą być dobrze policzone, bo jeśli nadzór stwierdzi brak, to ja odpowiadam głową. Zresztą potem Niemcy postawili na środku placu szubienicę. Kontrola w fabryce - podeszwy się łamią (po zgięciu robiła się rysa!), winnego brak. Ustawiają więc nas wokół szubienicy i każą odliczyć, na kogo wypadnie - ręce do tyłu, tabliczka na piersi i kopniak w stołek... Szubienica najpierw była pojedyncza, kiedy front zaczął się zbliżać, to zrobili podwójną, a jak był już tak blisko, że szklanki drżały i niebo na wschodzie wyglądało jak chmura gradowa - na cztery osoby.
-Czasami myślę, że to dobrze tyle w życiu przejść - mówi pan Jerzy z zadumą. -Najpierw, na początku wojny wyrzucili nas z domu Sowieci (rodzina Olszewskich - zamożna, ziemiańska - mieszkała na Polesiu, dzisiaj to terytorium Białorusi - red.). Ojca wywieźli na Syberię, a my z mamą przez trzy zimowe miesiące mieszkaliśmy w stodole (po życiu w dobrobycie to był szok). Przez dziurę w ścianie jacyś dobrzy żołnierze podrzucali nam jedzenie - gdyby nie oni, nie przeżylibyśmy. Później przenieśliśmy się do chałupy, którą ludzie dla nas doprowadzili do użytku. Potem naloty... Wie pani, że ja tydzień wcześniej wiedziałem o tym, że będzie wojna rosyjsko - niemiecka? Od oficera NKWD (mieszkali po drugiej stronie domu). Przyszedł kiedyś po libacji (ja udawałem, że nic nie słyszałem), „Jak rano się zacznie, to w południe będą już u was Niemcy” - mówi (prawdopodobnie był podstawionym Niemcem). Mamie o tym nie powiedziałem - dopiero, jak już samoloty nadlatywały - bo wtedy w Rosji ludzie bali się nawet swoich najbliższych, żona męża a dzieci matki. Bomby zniszczyły naszą chałupę, ale dzięki Bogu wszyscyśmy przeżyli. Potem głodówka i ta praca w garbarni...
-Kiedy po wojnie jechałem przez Polskę, myślałem, że to raj - dodaje. -Dopiero, jak zobaczyłem Warszawę (szukałem tam brata), uwierzyłem, że tu też były walki. Wyjeżdżając z Rosji, nie widziałem ani jednej wioski, miasta czy miasteczka, nic – tylko gruzy. Czasem było widać ziemianki z blaszaną rurą, którą dym uchodził. Tam ludzie przeszli okropne rzeczy... Jak najpierw przyszli Sowieci, to ich na Polesiu witali kwiatami. Kiedy się na nich poznali, to potem tak samo witali Niemców, jeszcze bardziej ochoczo. Ale i ci pokazali, co potrafią... W Polsce to się jeszcze trochę liczyli z ludźmi, tam - w ogóle. Wystarczyło byle co, jakiś Niemiec ranny albo zabity - zganiali wioskę do stodoły i palili żywcem. W zimie przez trzy miesiące trzymali pod gołym niebem 100 tysięcy ludzi. Ci, którzy przeżyli, ręce mieli powydzierane do kości - od grzebania w ziemi w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia (jedli nawet trupy, które paliły się na stosie). Pamiętam, jest 40-stopniowy mróz, a oni wygonili wszystkich Żydów (w nocnych koszulach) na 20-kilometrowy marsz do Kosowa Poleskiego i z powrotem. Mało kto wrócił żywy. A jak rozstrzeliwali ludzi i przysypywali ich ziemią, to ona się potem jeszcze ruszała – przykrywała i zabitych, i rannych...

Salę wychodził u pierwszego sekretarza
Pan Jerzy chwalić się specjalnie nie chce (-Gdyby ktoś inny o mnie opowiedział, byłoby to bardziej obiektywne - mówi - i to ze starszego rocznika, bo młodzi to już chyba nawet nie wiedzą, kim jestem), ale oprócz sukcesów sportowych i wychowawczych ma też inne powody do satysfakcji. Kiedy budowano szkołę podstawową nr 1 (dzisiaj to budynek gimnazjum), interweniował u ówczesnego parczewskiego I sekretarza (-Nie należałem do partii, ale oni chyba mnie lubili – śmieje się). -Mówię mu - „Michał, zadbajcie chociaż o salę gimnastyczną z prawdziwego zdarzenia” - opowiada. „W szkole zawodowej niewymiarowa, w drugiej podstawówce też, w liceum za niska”. On za jakiś czas - „No, panie Olszewski, salę będziemy mieli ładną”. Chciałem to zobaczyć na własne oczy, więc idę do kierownika budowy a ten - „Co to pana obchodzi, pańska sala?”. Ja na to - „Ale to chyba nie tajemnica wojskowa, proszę pokazać plany”. Przynosi, a tam - 17x10m. Czy to jest dobra sala? Zagroziłem, że do Warszawy w tej sprawie pojedziemy. Wstrzymali budowę na dwa lata, ale salę mają teraz prawie pełnowymiarową.
-Znowuż w liceum… - dodaje pan Jerzy. -Kiedy w sali gimnastycznej spłonął sufit, nadarzyła się okazja, żeby ją podwyższyć. Nikt się tym jednak specjalnie nie zainteresował, dopiero gdy ja tam trochę pracowałem na zastępstwie, namówiłem dyrektora szkoły (kolegę). Przyjechali fachowcy z Lublina - „Nie, to nie wyjdzie, fundamenty siądą”. Ja - „No to trzeba je najpierw sprawdzić”. Zrobili podkop - „Fundamenty OK, ale mimo wszystko obciążenie będzie za duże”. Ja na to - „Panie, wystarczy tylko nad oknami dać wzmocnioną szynę i na to następne okna, a ściana nie będzie o wiele cięższa”. „No tak, pan to chyba w budownictwie pracował” (śmiech). Mam satysfakcję, choć chyba mało kto o tym wie. A w Milanowie, tam gdzie teraz jest sala gimnastyczna to stajnia była. Ale Wicka Głąba, który był tam wtedy dyrektorem, nie trzeba było długo namawiać…
Pan Jerzy pokazuje też drzewa posadzone przez siebie pod blokiem, w którym mieszka i klomb - dzisiaj, niestety, już zaniedbany. -A inicjatywa zrobienia zalewu? - pyta. -Też się w tym palce maczało. I tak - przychodzą wariaci, moczą kije i ja też korzystam. Płacimy za to, za te pieniądze kupuje się ryby, wpuszcza się je do wody a później łapie - te, które się dadzą złapać, bo potem taka łaskę robi, że weźmie (śmiech).

Oswoił dziką kaczkę, dokarmia bezdomne koty
-Siedząc na tych rybach, oswoiłem żabę - dodaje. -To fajne stworzenie, siądę - a ona już lezie po nodze, daję robaczka – „cap” i łapkami przytrzymuje. I mysz też (śmiech) - zwabił ją zapach ciasta na ryby, ale się mnie bała, przykleiłem więc kawałek do czubka buta, ona biegała, biegała wkoło i nagle go chwyciła. Potem weszła na but, a potem i na kolano. Na zalewie była dzika kaczka - dosłownie siadała mi na plecy, kukurydzę jadła z ręki. Mogłem z nią spokojnie w cyrku występować (śmiech). Nieraz mnie nastraszyła - siedzi człowiek sam, cicho wokół i nagle głośny krzyk obok. Kiedyś przyprowadziła cztery małe kaczuszki - śliczne stworzenia. Potem sum je zjadł niestety a samą kaczkę pewnie ktoś ustrzelił na jesieni...
Później łabędzia miałem oswojonego - nazywał się Kuba (śmiech). Wędkarze na mnie klęli - „Przyzwyczaiłeś skurczybyka i po wędkach łazi. Do domu go sobie zabierz”. Raz patrzę, a wędka ucieka - łabędź się wkręcił. Ciągnę go więc pomału, obok siedzi sąsiad, który go zawsze ganiał. Wstał, żeby mi pomóc a łabędź „frrr” - żyłka mi tylko w rękach pękła. Płynie napuszony i cały czas się ogląda, bo i spławik mu jeszcze na szyi został. Poszedłem za nim, „Chodź, Kuba” - mówię. Nie do wiary, ale przypłynął, wylazł na brzeg, położył się. Z 15 minut odkręcałem z niego tę żyłkę i jeszcze chlebem go potem nakarmiłem. Sąsiad nie chciał mi uwierzyć (śmiech).
A szczur? Ogromny, łaciaty (dlatego najpierw myślałem, że to chomik - śmieje się pan Jerzy - chyba go ktoś wcześniej w domu trzymał), chodził za mną, brał jedzenie z ręki i nie uciekał. Też go chyba wędkarze potem utłukli... Teraz bezdomnych kotów mam chyba ze dwanaście - każdy tłuściutki, wypasiony, a to rybki im zanoszę, a to Pedigree. Wiem, że one na mnie czekają i to jest przyjemne. Tak samo jak sikorki - nie widać żadnej za oknem a wystarczy, że wyjdę (słoninki im powiesiłem w paru miejscach) i już jest. Po ubraniu poznaje, a zdawałoby się, że to tylko głupi ptak. A kiedyś ten szczygieł od chłopaków? Jeśli go wypuściłem na dwór (strasznie paskudził w domu, a jeśli dorwał jakiś papier, to skubał go na drobne kawałeczki i roznosił po całym pokoju - śmiech), przylatywał z powrotem przez lufcik. Psy też dokarmiam - bo kiedyś człowiek sam był głodny i żył na dziko.

Ciężko być uczuciowym
-Wczoraj skończyłem 82 lata. Najgorsze jest to, że kiedyś byłem naprawdę sprawny (w 1952 roku na mistrzostwach Dolnego Śląska w podnoszeniu ciężarów zająłem 2 miejsce) - wzdycha pan Jerzy - a teraz... „wesołe życie staruszka”, ciężko się podnieść. Jezioro w Białce to się przepływało kilka razy pod rząd, a teraz człowiek do miednicy boi się wejść, żeby się nie utopić (śmiech). Może łatwiej byłoby pogodzić się ze starością, gdyby nie ta sportowa przeszłość.
Przykro, jak nieraz pójdę do szkoły, popatrzę na zdjęcia - ten nie żyje, tamten nie żyje. A być uczuciowym to na nic. Kiedy po wojnie chodziłem do szkoły dla pracujących, zatrudniłem się jako rejestrator w poradni przeciwgruźliczej. Przedstawiałem, między innymi, dokumenty komisji kwalifikującej do leczenia (na gruźlicę były wtedy tylko dwa leki i przydział do sanatorium w Adampolu) - brałem karty, wyniki i z tym szedłem. „O, tutaj nie ma już czego leczyć” - stwierdza komisja - „szkoda pracy i pieniędzy, miesiąc - dwa i po człowieku”. Przychodzi potem ten pacjent do mnie i się żali: „Panie, ja taki chory, sąsiad dostał przydział a ja nic”. Jak mu powiedzieć, że jego dni są policzone? Co i rusz płakałem a koleżanki w rejestracji się śmiały - „Co z ciebie za chłop?”. Kiedyś potem nawet powiedziałem młodzieży - „Nie mogę was dobrze wychować - na uczuciowych, wrażliwych, współczujących, bo wam pokaleczę życie”. No, ale na złych też nie mogłem...

Wierzyć w człowieka, nie w partię
-Przykro też, że cała ta praca „ku chwale ojczyzny”(i wszystkie odznaczenia, i darmowe wejście na wszystkie mecze w Polsce) teraz nieważna, bo to w poprzednim ustroju było... - mówi pan Jerzy z rozgoryczeniem. -Gdyby to człowiek robił dla siebie albo chociaż do partii należał... Choć raz - jeszcze za Sowietów - chciałem się zapisać do pionierów (to tak, jak u nas zuchy), bo mieli kółka, atrakcyjne zajęcia. Wezwali mnie - za stołem dyrektor szkoły, wychowawca, sekretarz partii, sekretarz Komsomołu - i zaczęli rozliczać (a byłem wtedy w czwartej klasie). Kim był pradziadek, dziadek, babcia, ojciec? Słuchałem tego, słuchałem, w końcu się rozpłakałem, trzasnąłem drzwiami i wyszedłem. „Nigdy więcej” - powiedziałem sobie.
A potem przecież za mną chodzili: „Ty masz takie poglądy (-Bo ja lewicowy jestem - mówi pan Jerzy), powinieneś się do partii zapisać”. „Żadnej partii” - powiedziałem. Ja tam patrzę na człowieka jako człowieka - co robi a nie jakie stronnictwo reprezentuje. Potem w naszej szkole taki jeden nawoływał do „Solidarności” (a wcześniej był sekretarzem partii). „Zapiszę się dopiero wtedy, jeśli ciebie wyrzucą” - powiedziałem. „Gdyby przyszli brunatni ze swastyką, tez byś za nimi agitował?”.
-Tyle dobrego, że ludzie raczej miło mnie wspominają – zaznacza pan Jerzy. -Mam paru wychowanków, którzy uczą teraz wuefu w Parczewie, w jednej podstawówce - dwóch, w drugiej - też chyba jeden, w liceum, dwóch w szkole zawodowej. Wiem nawet, że u tych wszystkich chuliganów, mętów parczewskich to mam większy szacunek, niż u tych, którzy byli dobrymi uczniami (śmiech).
Relacje z pracy publikował pan Jerzyw czasopiśmie „Wychowanie Fizyczne i Higiena Szkolna”. W 1994 r. dostał trzecią nagrodę w konkursie na „Pamiętniki wychowawcy fizycznego”, zorganizowanym przez bialski oddział Polskiego Towarzystwa Naukowego Kultury Fizycznej. Powstało też sporo prac dyplomowych - na jego temat albo wykorzystujących jego doświadczenie. -Z MOSiR-u często odsyłali do mnie, kiedy czegoś nie wiedzieli - mówi. -Sześć czy siedem osób o mnie pisało - to znaczy miałem ten zaszczyt, że o mnie pisali (śmiech). „Już wszyscy pana znają na AWF” - mówili kolejni studenci.

Jerzy Olszewski urodził się 28 lutego 1929r. w Iwaczewiczach na Polesiu (dzisiaj Białoruś), maturę zdał w 1951r. w Lublinie. Po kursie wychowania fizycznego dla nauczycieli szkół zawodowych we Wrocławiu w 1953r. zaczął pracę w Zasadniczej Szkole Zawodowej w Radzyniu Podlaskim. W 1955r. przeniósł się do ZSZ w Parczewie. W 1969r. ukończył 2-letnie studium nauczycielskie w Chełmie (kierunek wychowanie fizyczne z biologią). Na emeryturę przeszedł w 1985r. Za swoją pracę otrzymał 28 odznaczeń i medali - ze Złotym Krzyżem Zasługi włącznie.
Prowadzony przez niego siatkarski zespół ZSZ w Parczewie wszedł do III ligi, trzykrotnie reprezentował województwo na strefowych mistrzostwach Polski. Dał też początek tej dyscyplinie w klubie KS „Parczewianka” a następnie KS „Victoria” grającym w III lidze.

Marta Goździk

 


Oceń wagę artykułu

Ocena: 3.2/5 (Oddane glosy: 5)

Komentarzy (0)     Dodaj swoją opinię Czytano: (1138) razy.

 

Skomentuj artykuł:
Imię/Nick:

Twój wpis:

Możesz wspisac jeszcze: znaków.


Proszę przepisać kod z powyższego obrazka:


Redakcja Internetowego Serwisu Informacyjnego e-wspolnota.com nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.



Aby dodać komentarz należy wypełnić wszystkie pola formularza.

2009 Projekt i wykonanie pawlusza | © Wydawnictwo Wspólnota - Mateusz Orzechowski stat4u