
Ciężka praca przy wyrębie drzewa w tajdze, ostra zima, głód i śmierć - taki los był ich udziałem.
Kiedy 10 lutego 1940 roku z majątku koło Włodzimierza Wołyńskiego (dziś Ukraina) wyruszali na zesłanie w głąb Rosji, Regina Kozioł miała pół roku.
Rodzina jej ojca, Mieczysława Skaczkowskiego, pochodziła z poznańskiego. Dziadek, ojciec i wujek walczyli w wojnie polsko-rosyjskiej 1920 roku - trzech rotmistrzów. Po wojnie Piłsudski wszystkim swoim oficerom przydzielał ziemie na Wołyniu, więc sprzedali włości pod Poznaniem i tam się przenieśli. Majątek był duży - konie, krowy i inny inwentarz, ziemia, sad; pracowali w nim miejscowi, Ukraińcy. -U nas relacje z nimi były bardzo dobre, ale mama mówiła, że Polacy często źle ich traktowali, siebie uważali za panów a ich za coś gorszego. To ich później Ukraińcy powyrzynali, rzeź tam była okropna…[1943 rok - red.] - zamyśla się pani Regina. -Ale nas już wtedy, całe szczęście, nie było. Napady zdarzały się zresztą już wcześniej. Nasza służąca, Nastka, miała narzeczonego, który był przywódcą takiej trójki ukraińskiej (oni trójkami chodzili). Bardzo lubiła mamę i jak tylko podsłuchała, że oni się już do nas wybierają, to przybiegała w nocy i stukała do okna: „Uciekajcie”. I uciekali - albo do jakiegoś sąsiedniego dworu, albo przynajmniej do lasu. Trzy razy tak nam uratowała życie. Ukraińcy cały czas szukali ojca (nie było go w domu już od 1 sierpnia 1939 r.), NKWD ciągle wzywało mamę do Włodzimierza Wołyńskiego na przesłuchania: „Gdzie on jest?” i „Gdzie on jest?”. Uspokoiło się dopiero wtedy, gdy ojciec przysłał list i mama im go zaniosła - dowód, że jest na wojnie.
Ale już w lutym i tak nas wywieźli. Jak to zapowiedzieli, zaczął się rabunek - w domu poplądrowane wszystko, postrzelane, meble bagnetami poprute. Szukali złota, kosztowności, dokumentów - wszystkiego. Jak przyjechali furmankami i pokładli na nie ule, to mama nie mogła na to patrzeć, pasieka była jej oczkiem w głowie. Wszystko zabrali, z litości zostawili jedną krowę, szczęściem mama wcześniej zakopała trochę co cenniejszych rzeczy, sreber, biżuterii. Tej nocy psy hałasowały okropnie, przeczuwały, że coś się dzieje. Wszyscy dorośli się pobudzili, a za chwilę słychać było łomotanie do drzwi: „Otkrywaj, otkrywaj”. Wyszedł dziadek, otworzył, weszło ich trzech: „Z rozkazu władz radzieckich macie być gotowi za pół godziny, przygotujcie ciepłe ubrania” (zima była wtedy ostra). Można było zabrać 20 kg dobytku na osobę, mama wzięła też trochę biżuterii, dzięki temu przeżyliśmy na zesłaniu. Saniami wywieźli nas na stację w Sarnach, gdzie był punkt załadunkowy - dziadków (teściów mamy), ją samą i trójkę dzieci (mój brat Stefan miał wtedy sześć lat, siostra Danka - trzy).
W tym samym transporcie jechała rodzina brata mamy. Wujek miał majątek po sąsiedzku, akurat przyjechał na urlop, kiedy była wywózka. Jego syn miał już wtedy 14 lat, dokładnie opisał tę podróż. Jak to dziecko - ciekawy - policzył wszystko, ile wagonów, po ile osób w wagonie (wszystko to jest w książce, którą potem napisał). Ludzi ładowali do wagonów „świńskoosobowych” (towarowych), dziura wyrżnięta w środku podłogi to była ubikacja. Jedzenie - wiadra z gorącą wodą i jakimś badylem w środku, po kawałku chleba jak cegła. Każdy coś tam ze sobą wziął na drogę, więc przez pierwsze dni było jeszcze jako tako, ale później ludzie zaczęli już umierać z głodu. Od czasu do czasu pociąg zatrzymywał się na stacji, wchodzili, wyrzucali trupy i ruszaliśmy dalej. Czterdzieści kilka dni tak jechaliśmy.
Wywieźli ich aż za Ural, do Kostousowa (Swierdłowskaja obłast’) - już do azjatyckiej części ZSRR. Tam zgonili wszystkich na plac. -Powiedzieli, że przywieźli nas tutaj w trosce o nasze bezpieczeństwo, żebyśmy nie zginęli w czasie zawieruchy wojennej - uśmiecha się pani Regina. -Tu będzie nam dobrze, tylko musimy pracować („Kto nie rabotajet, ten nie kuszajet” - „Kto nie pracuje, ten nie je”). Każdy dostał piłę, siekierę i szedł do tajgi ścinać drzewa (wszystko dla celów wojskowych) a potem ładować je w transporty. Przeważnie to były kobiety z dziećmi, trochę mężczyzn, ale oni w większości przecież walczyli. I mama tak właśnie pracowała. Kobieta, która nie miała pojęcia o pracy fizycznej, musiała iść z piłą i „twoja-moja”… Najpierw złamała jedną rękę, potem drugą.
Dziadek znał się trochę na ogrodnictwie, założył NKWD-zistom szklarnię. Czasem udawało mu się przemycić dla nas jakiegoś ogórka czy pomidora. Babcia zajmowała się nami, kiedy mama szła do tajgi. Myśmy z siostrą miały za zadanie przynieść wody w drewnianym ceberku. Ciągnęłyśmy za sobą to wiadro, no bo co takie dziecko może… Ja po drodze gubiłam buty, boso po tym śniegu wracałam do domu. I nikt nie chorował, a przecież mróz był 40-stopniowy (swoją drogą wytrzymywało się go, bo tam w ogóle nie było wiatru). Choć później zachorowałyśmy obie na szkarlatynę, włosy nam wyszły całkowicie (mama zrobiła z nich jeszcze poduszkę). Przyszedł rosyjski lekarz: „Ee, to szkoda lekarstwa nawet”. Jak zajrzał po dwóch czy trzech tygodniach, to się dziwił, że w ogóle jeszcze żyjemy.
Druga część wspomnień pani Reginy Kozioł z Rusił już za tydzień
Marta Goździk
Marta Kozioł [2012-04-08 17:50]
To może być historia mojej rodziny ;)
Ocen ten komentarz:
Dzięki :) Do Magdaleny - taka moja działka po prostu, dobrze się czuję w tematach historycznych. O innych ważnych sprawach piszą inni i robią to lepiej ode mnie
Ocen ten komentarz:
To chyba Tobie droga Magdaleno coś się rzuciło... To są właśnie poważne tematy. Skoro Cię historia nie interesuje, to nie czytaj. Marta, ty się tą ignorantką nie przejmuj. :) Kolejny świetny tekst.
Ocen ten komentarz:
może ktoś by się zajął poważnymi rzeczami, bomam uczucie ,że wam ludzie coś się rzuca w pewne miejsca
Ocen ten komentarz: