
Jerzy Olszewski zajęcia z wychowania fizycznego prowadził ponad 30 lat. Postawił na piłkę siat-kową, która sprawiła, że o Parczewie zrobiło się głośno
Pan Jerzy wyciąga plik starych fotografii: zdjęcie klasowe (-Ja byłem najmłodszy, reszta tutaj to stare dziadki - śmieje się); z konferencji nauczycielskiej w Lublinie; z zaprzyjaźnionym niemieckim jeńcem (1948 rok); z imprez sportowych. -A tu do chrztu dziecko trzymałem – mówi z dumą (na zdjęciu stoi z ogromnym szczupakiem w objęciach).
Nauczycielem zostałem przez przypadek
-Początkowo nic nie wskazywało na to, że będę uczył wychowania fizycznego - wspomina, przegląda-jąc zdjęcia. -Najpierw przez rok studiowałem na KUL-u historię (nawet miałem wykłady z Wojtyłą), ale zawaliłem łacinę, bo wcześniej nie miałem z nią do czynienia, chyba że z uliczną (śmiech). Złoży-łem więc podanie na wydział leśny w Poznaniu, ale mnie nie przyjęli (chyba ze względu na ten KUL). Wtedy przychodzi kolega, który prowadził zespół piłki nożnej i mówi „Jurek, we Wrocławiu jest taki półtoraroczny kurs dla trenerów - instruktorów”. „Ale ze mnie żaden instruktor” - odpowiadam. „Jedź, ty sprawny jesteś, może zdasz egzaminy”. No i zdałem - sprawnościowe na piątkę, komisja aż się zdziwiła.
-Bo ja wcześniej, zanim przyjechałem po wojnie do Lublina - tłumaczy pan Jerzy - ze sportem miałem niewiele wspólnego, do tego stopnia, że kiedy koledzy wyciągali na mecz, to pytałem, co to jest (w czasie wojny nie było mowy o takich rzeczach). Już w Lublinie zapisałem się do Wojskowego Klubu Sportowego i „Garbarni” Lublin - pod tym szyldem był boks. Miałem treningi ze Stammem i Zieliń-skim. Liczyli na mnie, bo byłem dość sprawny, silny i szybki, ale ja wysiadałem nerwowo. Jak przy-szło do walki, to więcej przesiedziałem w toalecie, niż na ringu - przeżywałem to bardzo - więc w koń-cu rzuciłem boks.
W tym Wrocławiu zrobili mnie nawet „przodownikiem sportu i nauki”. Sportu - to może być, ale nauki - nie bardzo (śmiech). Zanim zaczęła się II wojna światowa, skończyłem cztery klasy, w 1940 r. wstą-piłem do IV klasy rosyjskiej szkoły (Sowieci cofnęli wszystkich o rok), ale znowu w 1941r.wybuchła wojna rosyjsko-niemiecka, potem ciężko pracowałem. Jak przyjechałem do Polski, to byłem już pra-wie dorosły. Wykształcenie uzupełniałem w liceum wieczorowym (w Lublinie) a jednocześnie praco-wałem w poradni przeciwgruźliczej.
Z uczelni miałem iść do wojska (pamiętam, że kazano wziąć wyżywienie na dwa dni, a ja miałem tylko woreczek czereśni na drogę), ale się wywinąłem. Już na komisji okazało się, że dostali pismo od dyrek-tora z prośbą, żeby mnie zwolnić, bo raz - że do wojska za stary a dwa - że jestem im potrzebny jako instruktor. Najpierw musiałem zaliczyć wszystkie egzaminy - najgorzej było z tańcami, bo kiedyś to się w ogóle wstydziłem tańczyć (śmiech) - a potem im pomagałem.
Jako „przodownik” po skończeniu kursu miał pan Jerzy prawo wyboru placówki (normalnie obowią-zywał nakaz pracy w określonym miejscu). -W Lublinie nie bardzo chciałem zostać, choć kusiły dobre szkoły z ładnymi salami - tłumaczy - bo byłem tam za bardzo znany. Miałem kumpli (przeważnie po partyzantce), dla których atrakcją było rozpędzanie zabaw. Sam może nie rozrabiałem, ale się koło nich kręciłem. Poza tym przezywano mnie „Goły”, bo wiecznie - lato czy zima - latałem porozpinany (śmiech). Nie wypadało być potem nauczycielem, źle bym się czuł z młodzieżą - i ja się do tego przy-znałem.
Ostro, ale skutecznie
Przypadła mu więc szkoła zawodowa w Radzyniu Podlaskim. Warunki były pionierskie. -Salę gimna-styczną zrobiłem z korytarza. Kiedy chciałem powiesić kosz, to ze ściany na drugą stronę - okazało się, że do gabinetu dyrektora - wypadła cegła. Mało nią nie dostał - śmieje się pan Jerzy. -Młodzież już prawie dorosła (niektórzy po partyzantce - to był 1953 rok), byliśmy zbliżeni wiekiem.
Pierwsze tygodnie pracy - poszliśmy na boisko przed pałacem (przy szkole jeszcze go nie było), tłuma-czę zasady startu niskiego (mówiłem zawsze - „Nie musisz od razu być sportowcem, ale pewne rzeczy nie mogą ci być obce”). Dwóch takich odeszło na bok na papierosa. „Ciebie to nie obowiązuje?” - py-tam. „A odpieprz się pan” - mówi jeden. Jeszcze raz zwróciłem uwagę - pyskuje. A ja nerwowy byłem, podszedłem - bez świadomości, co robię - podniosłem go i jak rypnę. Chłopisko było wyższe ode mnie, ale nogi mu zmiękły. W tym czasie obok ćwiczyła żeńska klasa z liceum - wszystko zamarło. Okazało się potem, że to bandzior - przychodził w nocy do internatu i przykładał nóż do szyi („Dajesz na wino? Nie, to cię poderżnę”). A brata bliźniaka miał zupełnie spokojnego.
Kazałem mu iść do dyrektora i zameldować dokładnie, jak było. Ten mnie po skończeniu lekcji woła - „Panie Olszewski, coś pan zrobił?”. „Możecie mnie wyrzucić ze szkoły” - ja na to. A on - „Ja się cie-szę. To zupełnie bezkarny typ - potrafił mi na korytarzu dmuchnąć w twarz dymem z papierosa. Może się teraz uspokoi”. Po godzinie telefon z ZMP i to samo - „No, towarzyszu, coście zrobili?”. „Możecie mnie wyrzucić ze szkoły, towarzyszu, jeśli się nie nadaję, ale uważam, że słusznie zrobiłem”. „Panie (już nie towarzyszu - śmieje się pan Jerzy), ja szczęśliwy - chociaż jako szef ZMP muszę dać naganę - co on wyrabiał w internacie, co myśmy na milicji przez niego mieli. Nie było na niego siły, teraz może się uspokoi”.
No i zostałem w szkole. Ten chłopak przez tydzień nie przychodził na moje zajęcia, potem się pojawił, ale ja go nawet nie wyczytywałem. Gdzieś po dwóch tygodniach - nie sprawdzałem listy obecności, tylko policzyłem, że jednej osoby brak - klasa mówi „Panie profesorze, jest nowy uczeń”. Wstaje, wi-dzę, że to on, zrobił się czerwony na twarzy i mówi „Przepraszam”. Podałem mu rękę, objęliśmy się i obaj rozpłakali. Później był z niego najlepszy kumpel... Parę lat później spotkałem go w Lublinie - sto-ję przed witryną restauracji, czytając menu a tu w szybie widzę odbicia dwóch znajomych twarzy. My-ślę - „Podpici, to mi wpierniczą, jak tu zrobić unik?!”. Podeszli – „Pan nas poznaje?”. „Poznaję” - po-szliśmy na wódkę, miło powspominaliśmy (śmiech). Później napisał do mnie z wojska (był w pancer-niakach w Szczecinie) - że sam jest kapralem i dopiero teraz mnie rozumie. Wcześniej to miałem wy-rzuty sumienia z jego powodu, ale chyba na dobre mu to wyszło…- zamyśla się pan Jerzy.
-Potem w Parczewie też miałem takiego chojraka, który lubił się zgrywać - dodaje. Jest upał, więc każę chłopcom zdjąć koszulki. Wszyscy się rozebrali a on nakłada sweter pod szyję i spodnie. Znowu kiedyś na jesieni - kazałem im zostać w dresach, bo mieliśmy iść na dwór a ten przychodzi golusieńki, tylko w slipach. „W jakim ty świetle mnie stawiasz?” - pytam. „Powiedzą, że rozebrał biedne dziecko do naga i gania”. Tłumaczyłem kilka razy - nie pomogło. W końcu nie wytrzymałem nerwowo... Później był bardzo dobrym uczniem, pomagał mi nawet jako organizator sportowy (w każdej klasie miałem taką osobę - kogoś, kto mógł zastąpić nauczyciela w razie potrzeby). Nieraz specjalnie go zostawiałem z uczniami a sam wychodziłem niby w jakiejś ważnej sprawie. Potem mówiłem do dyrektora - „Zejdę, zobaczę, jak on się sprawuje” (śmiech).
Zresztą podobną satysfakcję miałem z dziewczyn. Jak kończyły szkołę i szły do technikum w Lublinie, to Śmiechowa pytała na początku „Która z Parczewa i miała czwórkę z wuefu? Prowadzisz za mnie lekcję”. Do dziś dawna uczennica wspomina – „Jurek, przez ciebie miałam w szkole chrzest bojowy - musiałam na wejście zajęcia prowadzić’. Jak listy pochwalne z wojska przychodziły - że młodzież do-brze przygotowana (na drążkach, na poręczach, skoki takie i owakie wykonuje) - też było przyjemnie (śmiech).
Siatkówka przede wszystkim
Największe sukcesy sportowe pana Jerzego związane były z piłką siatkową. -Wynikało to po części z tego - tłumaczy - że przy szkole zawodowej w Parczewie był wtedy tylko bardzo mały plac, 30x20 metrów (dzisiaj w tym miejscu jest parking - red.). Zresztą najpierw w ogóle boisko było tam, gdzie dzisiaj rondo. Piłkę nożną miałem na niezłym poziomie, ale żeby pograć, trzeba było chodzić na sta-dion - tam i z powrotem to prawie godzina i już po lekcji. Graliśmy trochę w kosza, ale przede wszyst-kim wziąłem się za siatkówkę i to były jej początki w naszym mieście.
-Poza tym lubiłem tę dyscyplinę - dodaje. -Piłka ręczna mnie denerwowała (za bardzo brutalna), ko-szykówka też (stanie ci większy na drodze, rozkraczy się i weź go omiń - z góry cię nakryje). A w siat-kówce decydowałem sam o sobie. I choć byłem niewysoki, to mnie chwalili - bo byłem skoczny jak pchła (śmiech). Wyskok miałem niezły - 1,20 m (pokazuje zdjęcie, na którym łokciami sięga do górnej taśmy siatki). Przyjechała do nas, na przykład, „Avia” Świdnik - zespół nie byle jaki a przegrał ze szko-łą zawodową. To była sensacja, potem napisali, że w ataku najlepszy był Jerzy Olszewski (grałem wte-dy z uczniami) - a ja przecież, kiedy przechodziłem pod siatką, to się nawet nie musiałem pochylać (śmiech).
Dotarliśmy do III ligi, jak na ówczesne czasy to niezłe osiągnięcie. Młodzież była trzy razy na mistrzo-stwach Polski - a zawodówek raczej się tam nie spotykało. Gdyby to były mistrzostwa szkół zawodo-wych, to za każdym razem mielibyśmy pierwsze miejsce... A przecież najpierw szkoła była tylko 2-letnia, wydawałoby się, że niewiele można przez ten czas zrobić. Ale miałem dobrych chłopaków - zabierali ich potem do „Avii” Świdnik, „Stali” Kraśnik, zdawali na AWF. Ci, którzy poszli do szkoły milicyjnej, występowali w reprezentacji Polski. Najtrudniejsze do pokonania były szkoły lubelskie - Zamojski, Staszic. Dlatego miałem satysfakcję, gdy podczas losowania oni mówili „Żeby tylko na tego łysego nie trafić” (śmiech). Była taka niepisana zasada - jeśli wygraliśmy, to potem na obiad zawsze był schabowy, jeśli przegraliśmy - włochate świńskie ucho. Dlatego jak wracaliśmy z meczu, to pytali nas tylko - „Co dzisiaj jedliście?” (śmiech).
Trenował też pan Jerzy siatkarski zespół milicjantów. -Taki mały posterunek, 12 osób - mówi - i chło-paki niewysokie, a oni prawie co roku byli mistrzami województwa. Pojechaliśmy kiedyś do Olecka, na mistrzostwa Warmii. Wygraliśmy z Wrocławiem, wygraliśmy z Krakowem i jeszcze z jakąś małą miejscowością. Wygralibyśmy też z Warszawą, ale sędziowali punktowali na naszą niekorzyść. „Panie, nie wypada, żeby Warszawa przegrała z takim nieznanym Parczewem” - tłumaczyli, choć potem nas za to przepraszali. Chłopaki mało ich nie pobili, wracając stamtąd, zaliczyliśmy po drodze chyba wszyst-kie knajpy (śmiech). Na kolejnym zdjęciu - siatkarski zespół nauczycielski (trzecie miejsce na mistrzo-stwach Polski).
Z Radzynia do Międzyrzeca na piechotę
Jakim był nauczycielem? -Miałem parcie na stopnie - mówi - sam byłem sprawny i nie mogłem sobie wyobrazić, żeby ktoś czegoś nie mógł zrobić. Jedna klasa miała na koniec roku słabe oceny, więc ich podpuściłem - „Stawiam wszystkim piątki - pod warunkiem, że ze mną wygracie (ja sam, wy - szóstka najlepszych)”. Przegrali 2:0, ale lepsze stopnie postawiłem - za odwagę (śmiech). Mnie to bawiło, bo kondycję miałem jak koń dorożkarski - nie potrafiłem się zmęczyć. Urządzałem, na przykład, marszo-biegi (żeby nie grać tylko w siatkówkę) - w ciągu godziny pokonywaliśmy z młodzieżą trasę: szkoła - kirkut (teraz jest tam park) - szosa lubelska - i z powrotem do szkoły przez Królewski Dwór (inna trasa - Laski, Buradów, Sowin i powrót). Zmieniałem tylko koszulkę i następna klasa. I tak, powiedzmy, pięć po kolei... Do tego po drodze trochę skoków, gimnastyki terenowej.
-Człowiek miał kota na tle sportu - uśmiecha się pan Jerzy - na mecz do Międzyrzeca szliśmy z Radzy-nia na piechotę (28 kilometrów w jedną stronę) - to był 1953 rok. Albo z Parczewa do Włodawy tłukli-śmy się furmanką - taką z żelaznymi obręczami na kołach, po kocich łbach. Jechaliśmy tak całą noc, żeby zdążyć na rano, prawie wstrząsu mózgu dostaliśmy. Czy taki upór jest normalny? W dniu własne-go ślubu pojechałem na mecz - żona z gośćmi została na przyjęciu - bo nie było komu grać. „Jurek, musisz pomóc” - mówią, więc pojechałem. -Ja w ogóle byłem głupi - śmieje się. -Pięć lat spałem w nieogrzewanym pokoju, atrament nieraz zamarzał na stole - a ja tylko pod jednym kocykiem. Na wierzch narzucałem taki płaszcz gabardynowy. Wcześniej w Radzyniu też tak mieszkałem przez dwa lata - w kajutce, która służyła przedtem za lodówkę (w ścianie były wyjęte cegły i tam trzymało się jedzenie), zatkałem tylko dziurę szmatami.
-Byłem też sfiksowany na tym punkcie, żeby młodzież nosiła jednakowe stroje - dodaje - nie wyobra-żałem sobie, że mogłyby być różne. No, bo jak ktoś ma koszulę na wierzch wypuszczoną, to diabli wiedzą, czy on w spodenkach, czy bez spodenek (śmiech). Musiał być porządek (pokazuje zdjęcie), chłopcy mieli czarne koszulki, czerwone spodenki, dziewczynki - koszulki niebieskie albo czerwone. Zresztą tym, których nie było stać, kupowałem stroje za własne pieniądze.
Do własnej kieszeni sięgał nie raz. -Było w szkole kilku takich dobrze zapowiadających się sportow-ców - daje przykład. -A tu przyjeżdża matka jednego i mówi, że go zabiera, bo nie ma kto pracować na roli - ojciec zmarł, brat chory na głowę, a ten i tak nie zda. Uparłem się i nie oddałem chłopaka, przez cały rok opłacałem mu internat. Skończył szkołę, grał potem w „Avii” Świdnik i wojskowej jednostce reprezentacyjnej. Poszedł na studia, potem został szefem milicji w Świdniku i w Lublinie. A jego mat-ka - jak już im się polepszyło - przywiozła mi pół wieprzka (śmiech). Wracałem tego dnia wieczorem z ryb i mało się nie przewróciłem, bo coś leżało pod drzwiami.
Marta Goździk
Jestem z Parczewa,jako mały chłopiec chodząc jeszcze do szkoły podstawowej nie jeden raz stałem za siatką od strony ulicy i obserwowałem jak gracie w siatkę na boisku od strony skrzyżowania.Potem jak chodziłem już do L.O. to też codziennie przechodziłem obok boiska,tylko widok był coraz gorszy,bo żywopłot był coraz wyższy.Pamiętam Pana jak grał Pan z chłopakami.Wyróżniał się Pan tym ,że przeważnie grał Pan bez koszulki ,był Pan łysy i bardzo owłosiony-jak na przeciętnego człowieka.
Ocen ten komentarz:
no i.....brak zawodników. Z własnych doświadzceń wiem, po moich znajomych, że kto tu miał talent do jakiejś dyscypliny i mogł coś osiągnąć w sporcie....po prostu topił go w alkoholu. Większość zdplnych piłkarzy, siatkarzy, koszykarzy od nas w wieku 16-17 lat zaczyna przygody z alkoholem i balangi,i przepija swój talent.....Zero profesjonalizmu, to przykre
Ocen ten komentarz:
a Sorek zawsze nazywał nas- "małpie cycki" - :P
Ocen ten komentarz:
JESTEM Z PARCZEWA I JAK TO CZYTAM TO SZKODA ŻE TERAZ NIE MAMY TAKICH W-F-fistów
Ocen ten komentarz:
JESTEM Z PARCZEWA I JAK TO CZYTAM TO SZKODA ŻE TERAZ NIE MAMY TAKICH W-F-fistów
Ocen ten komentarz:
No ja bym się wystraszyła na śmierć takiej świni, niezłe...
Ocen ten komentarz: