
Rankiem do domu przyszedł sołtys. Kazał całej rodzinie Władysławy Drozdek udać się do pobliskiej szkoły. Tam kobiety z dziećmi zamknięto w budynku. Mężczyzn natomiast ustawiono na placu pod szkołą. Wśród nich znajdował się ojciec i brata pani Drozdek. Po chwili padły strzały.
Dwa dni przed masakrą Niemcy wyznaczyli paru chłopów z Białki i zabrali ich do Lasów Parczewskich. Wśród nich był ojciec i brat Władysławy Drozdek. Tam siłą zostali zmuszeni do zasypywania wejść do ziemianek, w których ukrywali się Żydzi. Gdy Żydzi zorientowali się, że mogą zostać zasypani żywcem zaczęli wybiegać. Na to tylko czekali Niemcy. Od razu otworzyli w ich kierunku ogień. Do tych, którzy nie wyszli z bunkra, Niemcy rzucali granaty.
Później w Białce hitlerowcy wydali rozkazy, by Ci, którzy pomagali Żydom, zostali wydani. Wiadome było, że wszyscy mieszkańcy w jakiś sposób pomagali Żydom. Następnego dnia Niemcy wrócili do Białki. Nikt oczywiście nikogo nie wydał. W takim wypadku żandarmeria niemiecka dała rozkaz o sformowaniu 30 furmanek.
Rankiem 7 grudnia furmanki z Niemcami wjechały do wsi i momentalnie ją otoczyły. Sołtys chodził od domu do domu i ogłaszał, że każdy ma się udać do szkoły. W domu miał nikt nie zostać. Drzwi miały zostać otwarte. W domu pani Władysławy była kryjówka, w której czasami ojciec z bratem się chowali. Ale tym razem tak nie było, nikt się nie spodziewał tego, co ich czeka.
– Udaliśmy się wszyscy do szkoły. Kobiety i dzieci do budynku, a mężczyzn wszystkich ustawiono na placu szkoły. Następnie wyczytywali z listy, kogo brak i pytali, gdzie on jest. Cały czas dzwoniły telefony u Niemców. Słychać było, jak Niemcy się między sobą sprzeczali, co zrobić z ludźmi. Jedni chcieli wybić wszystkich, inni byli temu przeciwni. Nikt się nie spodziewał takiego obrotu sprawy w poniedziałek rano. To było zaskoczenie dla ludzi – mówi Władysława Drozdek, i dodaje: – Widziałam, jak Niemiec prowadził młodą żydówkę, płakała. Po chwili ją zastrzelił. Było widać, jak włosy się rozleciały od strzału.
Następnie Niemcy zamknęli w szkole kobiety z dziećmi i starców. Mężczyźni natomiast byli przesłuchiwani. Po przesłuchaniu kazali się im ustawić się w „piątki”, rząd za rzędem, po czym pięć pierwszych „piątek” zostało wyprowadzone na łąkę za szkołą. Było widać, jak żandarmi musztrują ich na łące, między innymi kazali im robić „żabki”. Po chwili rozległy się strzały i zostali rozstrzelani. Oczekujący, jak i osoby przebywające w szkole nie widziały tego.
Zbrodniarze kazali wystąpić następnym „piątkom”. Jednak mężczyźni prawdopodobnie wiedzieli, co się z nimi stanie i nie chcieli iść. Wtedy ktoś z tej grupy oczekującej krzyknął: „Jak masz bić, to bij nas tu na miejscu”. Wtedy Niemcy przyszli na plac i z karabinów maszynowych otworzyli ogień. Zaczął się krzyk, płacz kobiet i dzieci. Mężczyźni, którzy od razu nie zginęli, zaczęli uciekać. Na nic się to zdało, gdyż Niemcy ich doścignęli i zastrzelili. Następnie chodzili wśród trupów i dobijali tych, którzy jeszcze dawali znaki życia. Sześciu mężczyzn, którzy leżeli pod ciałami swoich sąsiadów, kolegów, ojców i braci, przeżyło.
– Następnie przyszedł Niemiec, otworzył drzwi do szkoły i odczytał wyrok. Skazali ich na śmierć za pomoc partyzantce i Żydom. Jak odczytał, to poszedł. Inni Niemcy na furmankach również odjechali. Widok kilkudziesięciu zmasakrowanych ciał był straszny. Niektórzy Niemcy aż nie chcieli na to patrzeć. Odwracali się i jak najszybciej chcieli stąd odjechać. Innym natomiast to nie przeszkadzało. Po tym wszystkim krew stała parę dni w tym miejscu – wspomina Władysława Drozdek, po czym dodaje: – Jak Niemcy odjechali, to każdy rzucił się na tą kupę ciał i szukał swojego bliskiego. Następnie zabrano ciała do domów. Trzeba było również mieć zezwolenie na pochowanie na cmentarzu. Niemcy zezwolili na to. Po dwóch dniach do miasta ruszyły furmanki z ciałami. Na każdej było jedno lub dwa ciała. W Parczewie był już wykopany rów, w którym ułożono trumnę koło trumny. Żyć po tym wydarzeniu na wsi było okropnie. Gdy noc się zbliżała to człowiekowi robiła się gęsia skórka. Po lesie chodziły bandy, ostatki Żydów. Żydzi przychodzili do domów, walili w okna, w drzwi. W wieczór światła się nie świeciło. Prawie same kobiety zostały z dziećmi. Panował strach.
Zginęło 97 mieszkańców wsi Białka. Władysława Drozdek straciła ojca i brata. Mieli odpowiednio 62 i 32 lata.
Kamil Waniowski