
Na dnie Stawu Siemieńskiego znajdują się szczątki wodnosamolotu Cant 506B. W pierwszy dzień wojny został on ewakuowany z Pucka w głąb kraju. Leciał do Warszawy, ale że nie mógł tam lądować, lądował w Siemieniu. Następnie został zbombardowany przez niemieckie lotnictwo.
Cant 506B był włoskim wodnosamolotem pasażerskim, bombowym i rozpoznawczym. Został zaprojektowany i zbudowany w Monfalcone we Włoszech. W 1938 roku podpisano umowę o dostarczeniu do Polski 6 samolotów Cant 506B. Jednak dotarł tylko jeden z tych samolotów. 27 sierpnia przyleciał z Włoch do Polski, a konkretnie do Pucka. Była to maszyna, która w tamtych czasach panowała na morzach. Miała zasięg 3000 km, dając przy tym kontrolę nad Bałtykiem. Miała również możliwość zabrania do komory bombowej najcięższej ówczesnej torpedy.
Gdy 1 września 1939 roku wybuchła wojna i zbombardowano bazę Morskiego Dywizjonu Lotniczego w Pucku, podjęto decyzję, aby ewakuować hydroplan w głąb kraju. 2 września wystartował on w kierunku Modlina. Zmuszony był jednak lądować na Wiśle koło Kozienic. Następnie 6 września wylądował w Stawie Siemieńskim. – Widziałam jak latał, następnie krążył nad nami i wylądował w stawie. Byliśmy wtedy dziećmi i polecieliśmy tam zobaczyć. Widzieliśmy, jak piloci ukrywali go kładąc na niego trzcinę i gałęzie. Następnie zabrali swoje rzeczy i poszli, ale niewiadomo gdzie. Parę dni później wzięliśmy łódź z braćmi i innymi dziećmi, i popłynęliśmy do samolotu. Wtedy niemieckie lotnictwo zaczęło ostrzeliwać samolot. Wszyscy z łodzi wyskoczyli, żeby odpłynąć stąd jak najszybciej. Ja zostałam, gdyż nie umiałam pływać. Dopiero moi bracia po mnie zawrócili. Popłynęliśmy do brzegu i ukryliśmy się w krzakach – mówi Janina Sekuła, mieszkanka Miłkowa, która jako dziecko była świadkiem lądowania hydroplanu.
Trzej piloci zabrali ze sobą między innymi przyrządzenia nawigacyjne. 11 września 1939 roku niemieckie samoloty ostrzelały znajdującego się na stawie Canta. – Nalotem niemieckich samolotów kierowali niemieccy koloniści. Prawie 80% z nich należało do wywiadu niemieckiego. Była to tak zwana „Piąta kolumna”. Ich duże gniazdo mieściło się w Okalewie. Przebywali na plaży w Siemieniu i udając, że się kąpią radiem naprowadzali niemieckie samoloty – mówi Władysław Siwiec, emerytowany nauczyciel z Parczewa. Na skutek różnego zbiegu okoliczności w ręce Pana Władysława trafiły dwie maski przeciwgazowe z wyposażenia tego samolotu. Pożar Canta momentalnie się rozprzestrzenił, a cały osprzęt w okamgnieniu znalazł się w metrowym mule. Później ludzie wchodzili do wraku i zabierali co się dało. Według relacji mieszkańców pobliskich miejscowości podobno wydobyto pływaki, które długo leżały obok rybackiego domku nad stawem. Mówi się również, że wydobyto dwa z trzech silników. Co się stało z pilotami – niewiadomo. Pojawia się plotka, że ewakuowano ich za granicę.
Wiele razy prowadzono badania archeologiczne w Stawie Siemieńskim i za każdym razem można było odnaleźć różnego rodzaju elementy z hydroplanu. Wiadomo, że jest jeszcze wiele do wydobycia ze szczątek wodnosamolotu.
Kamil Waniowski