
Spokojny, grzeczny, uśmiechnięty. Niewiele miał czasu dla rodziny, bo cały poświęcał pacjentom – Zygmunta Tomaszunasa, przedwojennego parczewskiego lekarza (i życie w mieście) wspomina córka, profesor Biruta Fąfrowicz
Mój dziadek, Franciszek Tomaszunas, przyjechał do Lublina (z okolic Kowna) w końcu XIX w., z czterema kolegami. Był polskojęzyczny, ale uważał się za Litwina. Tu się ożenił z Polką, mój ojciec był jego pierwszym synem (urodził się w 1891r.). Ojciec dawał korepetycje mojej mamie i tak się poznali. Mama - z domu Czajkowska, dziadek Czajkowski był rządcą w dworze w Abramowicach (tu, gdzie teraz mieści się szpital psychiatryczny). Później kupił dom przy ulicy Kunickiego (tam się urodziliśmy z bratem). W 1915 r. ojciec skończył wydział lekarski na Uniwersytecie Warszawskim i został wzięty do wojska – najpierw rosyjskiego, potem już polskiego. Był też na froncie w 1920r., podczas wojny z bolszewikami. Okazało się zresztą, że młodszy brat ojca też walczył na tej wojnie, został ranny w nogę. Chcieli mu ją amputować, ale ojciec się nie zgodził (spotkali się akurat w jakimś szpitalu polowym) i jakoś go wyleczył. I choć ten całe życie kulał, to jednak noga ocalała. Potem ojciec przyjechał do Lublina, zaczął pracować jako lekarz w PKP (specjalizował się w ginekologii u doktora Wośkowskiego). W 1921r. urodził się mój brat. Ojciec chyba jednak mało zarabiał (na to wyglądało), więc się skusił na Parczew (ówczesny parczewski lekarz - doktor Kaczyński - przeniósł się do Lublina).
W Parczewie mieszkaliśmy na ulicy Kolejowej, właśnie w domu doktora Kaczyńskiego. Z jednej strony był gabinet ojca i poczekalnia, w drugiej części, prywatnej, mieszkanie, a pośrodku – schody na górę. Ojciec był zajęty dzień i noc, bo i w nocy jeździł do porodów czy jakichś przypadków. Nie pamiętam, żeby się z nami bawił. Przed domem zawsze było pełno koni, furmanek, którymi przywożono chorych. Wchodzili sami albo ich wnoszono i tak cały dzień, a potem jeszcze telefony… Ojciec, odbierając telefon, zawsze pytał, czy wody odeszły. A ja potem popisywałam się w szkole tym, że wiem, jak się rodzi dziecko: „Ono wychodzi z wodami”. Ale skąd te wody, to już nie wiedziałam… (śmiech). Tuż obok miejsca, gdzie zajeżdżały furmanki, miał sklep…chyba Mojsze się nazywał. Bardzo lubiłam tam chodzić (choć mi nie pozwalano) – na wodę sodową z wielkiego zbiornika i różne ciasteczka. To wszystko było brudne i zaniedbane, ale tak mi smakowało, że gdy tylko dostawałam parę groszy, to zaraz je tam wydawałam.
W pamięci utkwiły mi zwłaszcza dwie rzeczy związane z pracą ojca. Nie wiem, który to mógł być rok (ale na pewno przed 1936) – jakieś zamieszki w mieście wywołali komuniści (to przeważnie byli biedni Żydzi - większość z tych, którzy mieszkali wokół nas). Trzymano ich w areszcie (tzw. kozie) i widocznie przy przesłuchiwaniu byli bici w pięty, bo mieli w tym miejscu krwiaki pod skórą. Przywożono ich do ojca, on je przecinał i wypuszczał krew. Pamiętam też, jak przywieziono kogoś z wypadku na kolei i ojciec musiał mu amputować nogę (jak lekarz musiał być wtedy wszechstronny!).
Na początku mieliśmy konie i bryczkę, którą ojciec jeździł do chorych (jeździliśmy nią też kąpać się do Siemienia). Potem dopiero był samochód, „Ford” (takie pudełko). Choć ojciec sam nie prowadził, miał kierowcę - Jana Dumbala (jego wtedy jeszcze narzeczona była u nas gosposią). Mieliśmy też nianię, której córkę (Zuzię Korolewską) ojciec posłał do Warszawy - została położną i potem z nim pracowała. Jej syn, Andrzej Korolewski, mieszka jeszcze w Parczewie. Później była jeszcze jedna położna, ale nie pamiętam nazwiska…
Biszkopt od rabina
Dużo ludzi do nas przychodziło. Bywali właściwie wszyscy, w tym dentystka Żydówka i rabin. Na żydowskie święta rabin przysyłał nam zawsze macę (pieczoną specjalnie dla niego) i biszkopt, na którym landrynkami było napisane „Kochanemu (czy „Naszemu) doktoru – rabe”. Bardzo dobry był ten biszkopt. Wydaje mi się, że ojciec cieszył się sympatią, bo nie było potem jakiejś rywalizacji z doktorem Mesisem, który zresztą bardzo pomógł mu po wojnie, czy z innymi…(do początku lat 30-tych ojciec był jedynym lekarzem w okolicy). A o tej historii to nawet w Izbie Lekarskiej opowiadałam. Kiedyś ojciec jechał do porodu, w lesie napadli go bandyci, zabrali mu portfel i co tam miał. Ale kiedy się zorientowali, że to on (był okutany w jakiś wielki kożuch), wszystko mu zwrócili – „My naszego kochanego pana doktora nie możemy okradać”. Dzisiaj to chyba byłoby nieprawdopodobne (śmiech).
Dom był zawsze pełen ludzi. W dużym ogrodzie stał jeszcze jeden domek, w którym mieszkała matka doktora Kaczyńskiego. Była postrachem wszystkich dzieci, nie mogliśmy się tam bawić, bo ona nie była z tego zadowolona. Ale u niej właśnie mieszkały „rezydentki” - trzy siostry, utrzymywane i karmione… Ja i mój brat byliśmy zaprzyjaźnieni z taką wdową (nazywała się Czarnacka), która miała trzy córki – jedna z nich, Alina Czarnacka, mieszka do dziś w Lublinie. Ojciec im pomagał, bo tam było chyba bardzo biednie. A ja z kolei bardzo lubiłam jeść u nich pierogi – wielkie pierogi z kaszą jaglaną i oblepką z mąki gryczanej. Kroiło się je na kawałki, polewało śmietaną i wszyscy jedli z jednej miski.
Ojciec starał się ludziom pomagać – to pewne. Nie słyszałam, żeby komuś odmówił, jak teraz to się nieraz zdarza. Był zawsze uśmiechnięty, grzeczny, spokojny – nie pamiętam, żebym widziała go zdenerwowanego. Raz tylko dostałam od niego lanie – to doskonale pamiętam (śmiech). W tamtych czasach krawcowa przychodziła do domu – nie wiem, co mi się stało, że zaczęłam na nią wołać „dupa”. Tak, że aż ojciec nie mógł przyjmować pacjentów. Wyszedł i poprosił, żebym się uspokoiła. Ja nic, więc przyszedł na górę i dostałam porządnego klapsa. Jak wróciłam do Lublina w 1972r. i pacjenci dowiedzieli się, że Fąfrowicz to Tomaszunas, to się zaczęło (śmiech). Wielu mi mówiło, ze ojciec od biednych nie brał pieniędzy.
Mama była całe życie socjalistką. Pamiętam, że gdy umarł Piłsudski (pojechała zresztą pociągiem na jego pogrzeb do Krakowa) poprosiła naszego kierowcę, żeby wywiesił na ganku jego portret, przepasany czarną szarfą. On nie chciał tego zrobić - okazało się, że jest zwolennikiem Dmowskiego i endecji. Wtedy po raz pierwszy dowiedziałam się, że Polacy różnią się przekonaniami. Przestałam się do niego odzywać (śmiech).
Stolik na nodze słonia
Jeszcze o Milanowie nie mówiłam… Przed wojną Czetwertyńscy prowadzili tam taki jakby szpital. Pisze o tym zresztą w swojej książce Maria Tarnowska, z domu Czetwertyńska (Maria Tarnowska, „Przyszłość pokaże…Wspomnienia”, LSW 2008 – red.). Chorymi zajmowały się tylko pielęgniarki – siostry zakonne - ale jak zaszła potrzeba, to wzywały z Parczewa ojca. Ojciec objeżdżał zresztą całą okolicę, leczył nawet we Włodawie. Poza tym był lekarzem w okolicznych majątkach – jeździł do Siemienia (do państwa Bielskich), do Glinnego Stoku (do państwa Zaorskich, z którymi byliśmy zaprzyjaźnieni), do Jabłonia, gdzie rezydował hrabia Zamoyski i gdzieś jeszcze, już nie pamiętam… Ale raczej nie był traktowany jak równy sobie, tylko ktoś, komu się płaci za usługę - zwłaszcza u Zamoyskich. Była u nich taka wielka, oszklona weranda a na niej okrągły stolik na nodze słonia. Jak raz go zobaczyłam, to koniecznie chciałam dotknąć. Ale ojciec zabraniał wchodzić nawet do ogrodu, bo ci państwo uważali, że ma przyjechać, zbadać, zrobić swoje i iść. Nikt go nie podejmował towarzysko. Bawiłam się więc tylko z córkami rządcy (miałam wtedy 6-7 lat). I chyba dlatego do dziś tak nie lubię arystokracji – bo nie pozwolili mi dotknąć tej nogi słonia… (śmiech)
A, jeszcze pod Radzyń ojciec jeździł, chyba do Suchowoli. U tych państwa też mi się nie podobało - było tam bardzo dużo dzieci, ale nie zapraszali do środka, więc musiałam siedzieć w samochodzie albo się czymś zająć.
Tuż przed wojną ojciec zachorował na kamienie nerkowe i pojechał na badania do Warszawy. Pamiętam, że odwiedzałam go z mamą w sierpniu 1939r., chyba wtedy pierwszy raz byłam w stolicy. Kiedy wybuchła wojna i walka o Warszawę, ojciec tam został (mimo tego, że już nie był pacjentem) i pomagał w szpitalu im. Piłsudskiego. Dopiero po iluś tam miesiącach wrócił do Parczewa.
Właśnie Alina Czarnacka opowiadała mi, że podczas okupacji ojciec brał udział w ratowaniu Żydów (my z bratem w 1936r. wyjechaliśmy do szkoły w Lublinie, nie było mnie w Parczewie w czasie wojny). Ona sama zresztą też (pracowała wtedy w aptece pana Roli). Ojciec jeździł też do lasu, do partyzantów, wydawał im lewe zaświadczenia (Niemcy bardzo się bali gruźlicy, jeśli ktoś na nią chorował i miał na to papier, to go nie ruszali). Musiał się wtedy chyba gdzieś sam zarazić - chorował na cukrzycę a wtedy łatwiej o zarażenie gruźlicą. Chyba w 1946r. leżał w szpitalu na Biernackiego w Lublinie (ja byłam już wtedy studentką medycyny). Najpierw podejrzewano nowotwór, ale potem wykryto prątki i nie mógł już pracować. Doktor Mesis umieścił ojca w Otwocku, gdzie ten – oprócz tego, że się leczył - trochę pracował, więc miał za co żyć (bo nie miał pieniędzy). A przy okazji pomagał tamtejszym lekarzom, bo ich mało było.
Wykształcił całą rodzinę
Ojciec zmarł 7 czerwca 1947r., w otwockim sanatorium, ja byłam wtedy studentką trzeciego roku medycyny. Były kłopoty z pogrzebem – bo to nie ta parafia. Tak, że w końcu zawieźliśmy go do Warszawy, pochowany jest na Powązkach. Myśmy zostali bez pieniędzy - ojciec przysyłał nam je, kiedy pracował, ale poza tym nie miał prawie nic (nikt zresztą nie chciał w to uwierzyć). Moja mama właściwie bez zawodu, więc kiedy zostaliśmy sami… Dobrze, że mój brat miał prawo jazdy, pracował jako kierowca w restauracji „Europa”. Umawialiśmy się wcześniej, ja wychodziłam na ulicę Lubartowską a on mi wyrzucał kawałek kiełbasy czy jakiegoś mięsa. Tak było…
Ojciec właściwie wszystko zainwestował w edukację - wykształcił swoich braci (miał w sumie czterech) i brata mojej mamy (pokończyli wyższe studia, za które wtedy się płaciło). Bo dziadek był nauczycielem i nawet, jeśli miał jakąś emeryturę, to małą. Stanisław – rodzony brat ojca (obaj z pierwszego małżeństwa dziadka) - potem był sędzią w sądzie najwyższym. Wykształcenia wyższego nie miał tylko ten brat z postrzeloną nogą. Ale dostał – za udział w wojnie w 1920r. - ziemię pod Chełmem. Dwie siostry ojca powychodziły za mąż i raczej nie potrzebowały wsparcia finansowego, ale im chyba też trochę pomagał.
Przyrodni brat ojca – Lucjan – skończył studia medyczne w Wilnie, został lekarzem okrętowym w Gdyni a potem w szpitalu ginekologiem. Umarł po wojnie, jego dwaj synowie to też lekarze (jeden, Stanisław Tomaszunas, jest nawet profesorem chorób tropikalnych). Mój brat nie chciał iść na medycynę, chociaż ojciec jego właśnie namawiał (mnie nie). Mdlał na widok krwi, choć miał prawie 1,90 m wzrostu (śmiech). A ja lubiłam podpatrywać wszystko, co ojciec robił. Boże, pamiętam, jak cewnikował kiedyś pewną panią. Ja podglądałam przez dziurkę od klucza i myślałam: „Gdzie on jej wkłada tę rurę?” (śmiech).
Chyba z powodu ojca zawsze chciałam zostać lekarzem. Szczęśliwie ułożyło się tak, że maturę zdałam w maju 1944r.a już na jesieni poszłam na studia (byliśmy pierwszym powojennym rocznikiem medycyny). Skończyłam je w 1950r., czyli jestem już 60 lat po dyplomie. Pracuję w przychodni chorób zawodowych (jestem w komisji orzekającej), konsultuję pacjentów w klinice i Wojewódzkim Ośrodku Medycyny Pracy. Od 25 lat jestem słuchaczką na Uniwersytecie Trzeciego Wieku (to fantastyczna sprawa), prowadzę tam też sekcję „Nauka o zdrowiu”. Poza tym społecznie działam – jako doradca medyczny - w Centrum Aktywizacji Seniorów. Nie mogę wprawdzie tam badać ani wypisywać skierowań, ale wysłucham, powiem, co to może być, dokąd się udać. Do niedawna przyjmowałam jeszcze w przychodni przyklinicznej – tam, gdzie przez 21 lat byłam kierownikiem (dopóki rektor nie pozwolił pracować emerytom). Nie potrafiłabym żyć bez medycyny.
Pani Biruta Fąfrowicz co kilka lat przypomina się parczewskim władzom z koncepcją nazwania jakiejś ulicy albo ośrodka zdrowia w Parczewie imieniem Zygmunta Tomaszunasa.
FOTO:
Zygmunt Tomaszunas (1891 – 1947)
do komentarza "parczewianki". Tak syn śp. Państwa Boników był lekarzem i zginął w okolicach Szacka. Grób jego jest na cmentarzu parczewskim (starym) przy głównej alejce. Był bardzo młodym człowiekiem. śp. Państwo Bonikowie mieszkali do śmierci w tym budynku ( jakiejś niewielkiej części), a większosć oddali na ochronkę dla sierot, która prowadziły siostry zakonne, te same, które prowadziły szpitalik w Milanowie. Jako mały chłopak razem z innymi dziećmi bywaliśmy tam w charakterze kolędników. Potem biskup siedlecki rozwiazał to zgromadzenie, a władze państwowe przejęły budynek. Przełożona tego zgromadzenia diecezjalnego potem pracowała jako pielęgniarka w Lublinie. Z pewnością już nie żyje, jak i inne zakonnice z tej wspólnoty.Osttania z nich ( chyba Stanisława) kilka lat temu mieszkała w Milanowie w byłym szpitaliku i troszczyła się o kościól za czasów ks. Byczyńskiego i Bolesty. Przez długie lata mieścił się w tym budynku Urząd Skarbowy. Co jest teraz? nie mam pojęcia, ale budynek stoi na rodrożu. Czy śp. Bonikowie mieli jakaś rodzinę? nie wiem.
Ocen ten komentarz:
Mam szczęście! Ogromnie się ucieszyłem tymi wspomnieniami o śp. Doktorze Tomaszunasie. Mam 68 lat i to właśnie śp Doktorowi zawdzięczam, że żyję. Urodziłem się w 1943 roku, a po moim urodzeniu w kilka tygodni zmarła Mama. Byłem wątłym dzieckiem, któremu nikt nie rokował życia. Moja Babcia nosiła mnie nieustannie na plecach w płachcie do śp. Pana Doktora, a On ( wiem to z relacji mojej Babci) zawsze przyjmował biedną kobiecinę, kręcił głową i mówił: czy ja cię wyleczę.... i nigdy nie brał za to grosza, bo wiedział, że bieda. Babcia zawsze z rozrzewnieniem wspominała tego niezwykłego Człowieka i Lekarza. A ja ciągle opowiadam o Nim, jak to wbrew opiniom wszystkich kobiet na wsi, śp. Pan Doktor Tomaszunas uratował mi życie, ktore ledwie co tliło się w wątłym ciałku noworodka.Niech odpoczywa w pokoju. Będę się za Niego modlił do końca moich dni. Dziękuję Pani Profesor za to wspomnienie i pozdrawiam. Kiedy będę na Powązkach, to chciałbym odszukać mogiłę śp Doktora i zapalić znicz, złozyć wiązankę kwiatów, ale jak tę mogiłę odszukać? Pozdrawiam Wiesław
Ocen ten komentarz:
parczewianka [2010-09-17 20:56]
Super historia!Nic nigdy nie słyszałam na temat tego lekarza.To sie nazywa powołanie,misja ,pomoc drugiemu.Współcześni lekarze powinni choć w polowie postarać się być tacy jak on!!!a zna ktoś może historię rodziny Boników.Wykształcili syna na lekarza i wybudowali mu szpital koło skrzyżowania jedynego w Parczewie kolo swiateł.Ponoć zginąl na wojnie.
Ocen ten komentarz:
parczewianka [2010-09-17 20:54]
Super historia!Nic nigdy nie słyszałam na temat tego lekarza.To sie nazywa powołanie,misja ,pomoc drugiemu.Współcześni lekarze powinni choć w polowie postarać sie być tacy jak on!!!a zna ktoś może historię rodziny Boników.Wykształcili syna na lekarza i wybudowali mu szpital koło skrzyżowania jedynego w Parczewie kolo swiateł.Ponoć zginąl na wojnie.
Ocen ten komentarz:
Niesamowity artykuł, nie miałam pojęcia że w Parczewie przed wojną był taki lekarz i że miał tyle serca dla pacjentów...nasze władze powinny rozważyć propozycję jego córki. Pani doktor Fąfrowicz, to już sędziwa kobieta-trzeba ocalić tę historię od zapomnienia.
Ocen ten komentarz:
Podpisujecie, czasem gdzieś się zgubi Marta Goździk
Ocen ten komentarz:
Do redaktorow [2010-09-08 13:58]
Czemu nie podpisujecie artykulow?
Ocen ten komentarz: