
Jeden z dębów katyńskich w Kolanie poświęcony jest Antoniemu Styrnikowi. Ponieważ informacje o nim były szczątkowe, los wuja starał się odtworzyć Henryk Jośko.
-Wiedzieliśmy tylko – mówi pan Henryk – gdzie i kiedy wuj się urodził i że prawdopodobnie został zamordowany w Katyniu. Zaczęliśmy się tym interesować, okazało się, że tuż po zakończeniu służby wojskowej w Kobryniu i Łunińcu na Polesiu (może odwrotnie, ale nie ma to większego znaczenia dla sprawy) zdał egzamin do szkoły policyjnej. Po szkole został skierowany do pracy w województwie – przedwojennym – białostockim. Ostatnia wiadomość od niego była datowana na 17 września 1939 r. – przyszedł wtedy list (nie zachował się, ale pamiętam, jak rodzice o tym opowiadali). I w zasadzie to wszystko, szczegóły losów wuja musiałem już odgrzebywać. Może byłoby łatwiej, gdyby żyli rodzice, niemniej jednak jestem zadowolony z tego, co udało się ustalić.
-Ogólnie mówi się o zbrodni katyńskiej, ale de facto były trzy obozy. Dla oficerów – w Kozielsku, ci ludzie zostali zamordowani w Katyniu (a właściwie w Smoleńsku, pochowani zostali w Katyniu) – pan Henryk pokazuje mapkę w książce „Katyń. Zbrodnia i kłamstwo” Tadeusza Kisielewskiego. -Drugi obóz to Ostaszków, w szczególności więzieni tam byli policjanci - zamordowani w Twerze a pochowani w Miednoje. W trzecim, Starobielsku, trzymano przede wszystkim inteligencję i oficerów. Jako że wujek był policjantem, szukaliśmy go na listach cmentarnych z Miednoje (choć policjant mógł się znaleźć i w pozostałych obozach). Figurował tam jako Sternik.
Styrnik, Sternik i Sternak
W jednej z książek pan Henryk wyczytał (-Dziwię się, że jest u nas tak mało literatury na ten temat - mówi), że przedwojennymi policjantami pomordowanymi na wschodzie zajmował się doktor Misiak z Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie. Choć w sumie niewiele pomógł, to jednak dokument, który przysłał, jest jedynym potwierdzeniem tego, że wuj Antoni był policjantem - choć w nim też jest zapisany jako Sternik. (-W pewnym momencie powiedziałem do braci: „Słuchajcie, my nawet nie jesteśmy pewni, czy on był policjantem” - podkreśla pan Henryk). Ślad wujka odnalazł się też w publikacji „Rozstrzelani w Twerze” (wyd. Ośrodek KARTA) – Antoni Sternik, s. Aleksandra, ur. w 1911r. W jednym z dokumentów figurował nawet jako Sternak. I według niego służył przed wojną w Radoszkowicach, w powiecie Mołodeczno (obecnie Białoruś). -Niby OK – mówi pan Henryk - tylko że u nas wuj był zapisany wszędzie jako Styrnik. Pisałem do archiwum państwowego na Białorusi i Litwie, odpowiedź z Litwy przyszła w ciągu dwóch tygodni, z Białorusi - po pół roku, poprzez polską ambasadę w Mińsku. Jak też do Archiwum Akt Nowych w Warszawie i do Białegostoku - tam właśnie podano mi adresy do Wilna i Mińska. Trochę informacji mam z Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. I pismo, w którym jeszcze śp. Andrzej Przewoźnik uznaje (mimo niepełnych informacji i różnicy w nazwisku), że wuj został zamordowany w Twerze. Nikt inny oprócz niego zresztą nie pasował.
Trwało to wszystko parę miesięcy, wysyłałem pisma, dzwoniłem – mówi pan Henryk – kilkadziesiąt stron w zeszycie jest zapełnionych nazwiskami i telefonami. Najwięcej zawdzięczam panom ze Szczytna i IPN-u w Warszawie. Nie pamiętam, jak się ten człowiek nazywał, ale podbudował mnie, jeśli chodzi o różnicę w nazwisku stryja (Styrnik – Sternik - Sternak). Powiedział tak: „Niech się pan nie dziwi, jeden pijany sołdat czytał polski dokument (nie wiadomo, czy znał język polski) i dyktował drugiemu pijanemu. Stąd te pomyłki. Nie musieli być uchlani do nieprzytomności, ale żeby móc robić takie rzeczy, to trzeba się znieczulić”. -Ta różnica – dodaje pan Henryk - mogła też wynikać z czego innego (choć to tylko moje domysły). W listach pisanych już po aresztowaniu (chyba ze trzy jeszcze przyszły) inny z zamordowanych - Główka - prosił domowników, żeby zmienili miejsce zamieszkania, ponieważ ze względu na niego są zagrożeni. I oni prawdopodobnie tak zrobili. Wuj mógł więc postąpić w ten sposób – zlikwidował swoje dokumenty, a gdy pytano go o nazwisko, mówił „Sternik”. Nie trafiliby dzięki temu do rodziny Styrników.
Dlaczego w ogóle zajął się losami wuja? W Kolanie podjęto inicjatywę sadzenia dębów katyńskich. Aby zamordowanemu (znalazło się ich we wsi czterech - wszystko policjanci - Styrnik, Bogucki, Kindracki, Główka) można było wystawić pamiątkową tablicę i posadzić drzewo, trzeba było najpierw uzyskać certyfikat nadawany przez stowarzyszenie „Parafiada”, które patronuje akcji. Pierwszy wniosek złożony przez pana Henryka nie przeszedł – odmówiono mu twierdząc, że nie było takiego Antoniego Styrnika. I wtedy zaczął szukać… Po zebraniu wszystkich dokumentów – potwierdzenia z Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa i opinii ze Szczytna wystąpił ponownie do „Parafiady” i certyfikat nadano. Uroczyste sadzenie dębów odbyło się 9 maja, przy pałacu w Kolanie.
300 więźniów na dobę
Ale Katyń chodził za nim już wcześniej. -W domu mówiło się o tym, ze wujo nie wrócił – mówi pan Henryk. -Pamiętam, jak babcia wciąż miała nadzieję, chociaż to był już 1956 rok (wtedy się przeprowadziliśmy do Kolana). Ja gdzieś w tym czasie pytałem kierownika szkoły o Katyń (wiedziałem, że dokonano tam jakiejś wielkiej zbrodni). Dobrze, że trafiłem na osobę, która nie zrobiła z tego użytku - bo i rodziców mogli za to ścigać. W średniej szkole miałem już większą wiedzę na ten temat, też pytałem nauczyciela historii. Dziwne, że mi się wtedy za to nie oberwało. Dziś świadomość ludzi na temat Katynia jest na pewno większa. W tamtych czasach (mam na myśli nawet lata 70-te) niektórzy nawet o tym nie słyszeli. Pamiętam, jak jeden ze starszych kolegów zapytał mnie, czy to prawda, że w 1939r. Sowieci zaatakowali Polskę (nawiasem mówiąc – uczył historii…). Ja się zdziwiłem, „A skąd miałem wiedzieć?” – on na to. „Rodzice mi nie powiedzieli, w szkole też nie”.
Kiedyś w nocy trafiłem przypadkowo (jeszcze nie wiedząc o wuju) na film dokumentalny o Twerze - dwóch żołdaków prowadziło więźniów wąskim, ciemnym korytarzem, na końcu była cela wyłożona trocinami, żeby łatwiej było po wszystkim posprzątać… Sołdat podchodził z tyłu (jeśli skazany się rzucał, to go wiązano), przykładał pistolet do potylicy i strzelał. -To była precyzyjna procedura – dodaje pan Henryk – najpierw mieli normę 300 więźniów na dobę, ale pisali do swoich przełożonych, że nie wyrabiają, więc ją zmniejszono do 250. Albo proszę posłuchać tego (pan Henryk przytacza kolejny fragment z „Katynia” Kisielewskiego), o majorze Błochinie. Zeznaje Tokariew, ówczesny szef NKWD: „Błochin miał specjalną odzież – brązową skórzaną pilotkę, skórzany fartuch, skórzane rękawice z mankietami powyżej łokci, szoferskie gogle. Zobaczyłem kata”. Po wojnie Błochin został awansowany na generała, ostatniego skazańca zabił w 1953 r. Potem zwariował.
-Stąd chyba te dęby – podsumowuje pan Henryk. – My akurat chcieliśmy uczcić pamięć wuja, brata mamy, którego jesteśmy najbliższą rodziną (był kawalerem), ale przyświecała też nam wszystkim idea bardziej ogólna - jeśli się nie pamięta o przodkach, trudno liczyć na to, żeby potomkowie pamiętali o nas (to warunek konieczny - choć może nie wystarczający). Dlatego też dąb sadził mój bratanek (razem z komendantem policji w Parczewie), a nie któryś z nas, trzech braci, najbliższej rodziny wuja. Teoretycznie my odejdziemy wcześniej. O jednej rzeczy chciałem jeszcze powiedzieć – jest ponad 20 tysięcy uprawnionych do tego, żeby były im poświęcone dęby. Kiedy my je sadziliśmy, było ich niecałe 3 tysiące (w lubelskim chyba ze 150). W powiecie parczewskim nie ma ich nigdzie poza Kolanem. Nie da się takiej akcji zadekretować z urzędu, ale gdyby to jakoś zorganizować w skali powiatu… Choć może nie wszyscy mają potrzebę, żeby o tym pamiętać, trudno mieć do kogokolwiek pretensje… My zrobiliśmy, co mogliśmy (być może dowiemy się czegoś więcej, jeśli Rosjanie otworzą archiwa) a szkole - zwłaszcza panu Zbigniewowi Milaniukowi i pani Zofii Kaczmarek - i gminie, w tym wójtowi, należą się podziękowania za zorganizowanie uroczystości.
Zamordowani przez NKWD
Akcja upamiętnienia ofiar „Katyń – ocalić od zapomnienia” polega na posadzeniu Dębów Pamięci w 70 rocznicę zbrodni katyńskiej. Jeden dąb to jedno nazwisko z listy zamordowanych przez NKWD. Znajdują się na niej czterej mieszkańcy Kolana i Holenderni:
Antoni Styrnik – s. Aleksandra, ur. 9 lipca 1911r. w Stoczku (pow. łęczyński). W 1937r. ukończył zasadniczą służbę wojskową (jako kapral), którą odbywał w Łunińcu i Kobryniu (Polesie). Po kursie w Szkole Szeregowych Policji w Mostach Wielkich mianowany posterunkowym i przyjęty do Kompanii „D” Rezerwy Policyjnej w Herbach Starych. 1 sierpnia 1938r. skierowany do służby w policji w woj. białostockim. Prawdopodobnie ostatnim jego posterunkiem były Radoszkowice, pow. Mołodeczno (dziś Białoruś). Antoni Sternik (błąd w zapisie nazwiska Styrnik), s. Aleksandra, ur. w 1911r . umieszczony jest na liście wywózkowej z Ostaszkowa (nr listy 033/2, poz. 61 z 16 kwietnia 1940r. – to prawdopodobnie data jego śmierci).
Starszy posterunkowy PP Wacław Bogucki- s. Stanisława i Józefy z Wojtkowskich, ur. 9 maja 1899r. w Holenderni. W Wojsku Polskim od 1 lipca 1919r. do 1 sierpnia 1922r. W policji od 1 lipca 1923r. Od 28 lutego 1935r. służbę pełnił na posterunku w Kostopolu. Więzień Ostaszkowa, zamordowany przez NKWD w 1940r. w Twerze.
Przodownik PP Stanisław Kindracki, s. Eliasza i Dominiki, ur. 15 marca 1896r. w Kolanie. We wrześniu 1939r. służbę pełnił w Komendzie Powiatowej w Kobryniu. Więzień Ostaszkowa, zamordowany przez NKWD w1940r. w Twerze.
Posterunkowy PP Adolf Główka - s. Stanisława i Weroniki, ur. 24 kwietnia 1910r. w Dorotce. Służbę Wojskową odbył w Białej Podlaskiej i Brześciu nad Bugiem. Po zwolnieniu z wojska wstąpił do Policji Państwowej. Przed wybuchem wojny pracował w Komendzie Miasta w Białymstoku. Na początku wojny trafił do obozu jenieckiego w Ostaszkowie, skąd kilkakrotnie pisał do żony Stefanii (zm. w 1973r.), zamieszkałej w Parczewie. Zamordowany w kwietniu 1940r. w Twerze.
Jednocześnie z sadzeniem dębów pamięci odbyło się odsłonięcie tablicy poświęconej Stanisławowi Małachowskiemu – zasłużonemu społecznie kierownikowi szkoły powszechnej w Kolanie (1927-33). Jako porucznik WP również zginął w Katyniu, ale swój dąb ma już w miejscu urodzenia – wsi Wyżne w rzeszowskiem.
na zdjęciu Antoni Styrnik
Marta Goździk